Jakość i bezpieczeństwo, czyli produkty budowlane made in Poland.

Z wizytą w kaszubskiej fabryce - reportaż

Jakość i bezpieczeństwo, czyli produkty made in Poland.

– Bolszewo? To tam, gdzie Balex Metal, za Wejherowem i trasa na Szczecin – wyjaśnia zapytany o drogę miejscowy, żywo gestykulując. – Dachówki tam produkują, ale nie tylko. Pamiętam, taka reklama była, „Blach na dachy”, może pan kojarzy?

To było na początku istnienia firmy. Obecnie w szerokim świecie Bolszewo znane jest przede wszystkim jako miejsce pochodzenia ścian i dachów z płyty warstwowej dla setek obiektów przemysłowych i użytkowych. Wszystko pod dumnym szyldem „made in Poland”.

Jest dopiero kwadrans przed 6 rano. Zanim wejdę do środka, próbuję obejść obiekt. Szybko rezygnuję, przeglądane wcześniej zdjęcia lotnicze robione z dużej wysokości zakrzywiają perspektywę. Teren nie jest duży, on jest olbrzymi! Spacer dookoła zająłby co najmniej godzinę.

Gdy na horyzoncie pojawia się grupa kobiet w kraciastych koszulach, dochodzi do mnie, że stereotypowe myślenie jest zwykłą pułapką. W zakładzie parytety dyktuje styl pracy. Precyzja i wielozadaniowość są domeną płci pięknej, a znaczna automatyzacja produkcji sprawia, że praca przy stalowych blachach jest lekka, ale też bardzo odpowiedzialna.

Z drugiej strony mężczyzn też tu nie brakuje. Rozpoznaję to po pierwszych obrazkach kalendarza wiszącego na szafce w miejscu, gdzie serwisowane się wózki widłowe. Dziewczyna z okładki codziennie może podziwiać wyjątkowe widowisko, jakim jest taniec manewrujących sztaplarek.

Jest już po szóstej, a ruch na linii hala produkcyjna – plac załadunkowy zagęszcza się się – jakbyśmy byli w dużej aglomeracji w godzinach szczytu. W rzeczy samej, zakład w Bolszewie jest w pewnym sensie takim tętniącym życiem miastem. Plac przecinają wózki widłowe, rowery, piesi i ciężarówki – jest tak, jak na ruchliwym skrzyżowaniu.

– W sezonie bramę dla tirów otwieram nawet kilkadziesiąt razy każdego dnia – opowiada kierujący ruchem na placu Piotr. – Wyjeżdżają inną drogą, dlatego należy liczyć jakieś 80 pojazdów na dobę. Polecam pójść zobaczyć na produkcję, przekonasz się, ile tu powstaje.

W ogromnych halach numer 2, 3 i 4 powstają płyty warstwowe o różnych rdzeniach, od styropianowego, przez ten z wełny mineralnej, po najbardziej nowoczesny i doskonale izolujący termicznie – poliuretanowy, znany również jako PIR.

Zaglądam do pierwszego budynku i wchodzę w… labirynt. Od podłogi po sam sufit ustawione są kolumny ze styropianu. Wygląda to jak plan jakiegoś filmu science-fiction, choć jest to po prostu stos materiałów, który czeka na swoją kolej do zamknięcia w kanapce ze stalowych powłok.

Moją uwagę zwraca kilka płyt odłożonych na bok. Jak wyjaśnił mi to później mistrz zmiany – tam składuje się materiały, które nie przeszły kontroli jakości i muszą zostać zutylizowane. Dopiero po chwili dostrzegam wesołą twórczość artystyczną na odrzuconym styropianie.

W ostatniej hali powstają płyty PIR. To one są oczkiem w głowie klientów ze Skandynawii, krajów Beneluksu czy Rosji. Lekkie, a przy tym wytrzymałe i doskonale izolujące termicznie, stały się numerem jeden wśród firm specjalizujących się w stawianiu obiektów wielkopowierzchniowych, takich jak magazyny, centra logistyczne czy zakłady produkcyjne.

Kiedy zaglądam do środka, widzę tam tylko trzech pracowników, więc zastanawia mnie jedno: jak to możliwe, że zapomniano wyłączyć linię produkcyjną, gdy wszyscy poszli na przerwę śniadaniową? – To nie jest tak. Do przerwy jeszcze godzina – śmieje się Radek, mistrz zmiany. – Proces jest na tyle zautomatyzowany, że trzeba go tylko nadzorować. Nie jest to jednak takie proste, jak się wydaje. Najmniejszy błąd i zatrzymujemy produkcję. Szwed, Polak czy Rosjanin musi odebrać dobry materiał – wyjaśnia. – Chodzi tutaj zarówno o lojalność wobec klientów – niektórzy są z nami niemal od początku uruchomienia produkcji i nie możemy ich zawieść – jak i o bezpieczeństwo.

To są materiały budowlane, które muszą się sprawdzić w bardzo wymagających warunkach użytkowania – dodaje Krzysiek, odpowiedzialny za eksport płyt na rynki skandynawskie.

Zakład produkcyjny w Bolszewie często odwiedzają goście z zagranicy. – To specyfika tej branży – wyjaśnia mi Magda, dyrektor działu eksportu. – Wiarygodność u nowych klientów zdobywa się, będąc

w pełni transparentnym. My nie mamy nic do ukrycia, co więcej, możemy się pochwalić nowoczesnymi liniami produkcyjnymi, no i… budynkiem (śmieje się).

Bryła biurowca jest charakterystyczna i niektórym kojarzy się z gigantycznym fotoradarem, innym – z wystającym z ziemi peryskopem.

Zbliża się godzina 14. Na placu znowu wzmaga się ruch. Tym razem w obie strony. Jedna zmiana mija się z drugą. Pracownicy pozdrawiają się, przybijają piątki. – Tu na Kaszubach społeczność jest mocno ze sobą zżyta. Tacy jesteśmy – mówi na zakończenie mojej przygody w Bolszewie Adam, odpowiedzialny w Balexie za marketing.

Zobacz również

Ekspedycja Orzeł Balexmetal - w poszukiwaniu legendarnego okrętu

Ekspedycja Orzeł Balexmetal - w poszukiwaniu legendarnego okrętu.  

Czytaj więcej...

15 metrów w 60 sekund,czyli jak się robi dobre rynny

Zobacz od kuchni jak powstaje system orynnowania premium marki Zenit.  

Czytaj więcej...

Północ nie wybacza błędów

Dalej na północ już się nie da. Polscy truckersi w trasie do Alta - norweskiej miejscowości położonej...

Czytaj więcej...